Martynka dzięki Wam dostała wymarzony fotelik! Elblążanie po raz kolejny udowodnili, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, za pomoc dziękują rodzice Martynki, my dziękujemy Czytelnikom.

Zbiórkę dla Martynki zainicjowała Anna Parzyńska, elblążanka. Rehabilitacyjny fotelik samochodowy ze specjalistycznym wyposażeniem dostosowany do dziecka niepełnosprawnego ułatwi Marynce bezpieczne podróżowanie.

Cena całkowita fotelika wyniosła 8200 zł. Martynka do tej pory nie mogła być bezpiecznie przewożona, to się zmieniło dzięki ludziom, którzy włączyli się w akcję.

Pamiętam ten dzień jak dziś!

Choć było to ponad 12 lat temu. Analizowałam go tysiące razy. Zastanawiałam się, co by było, gdybym nie odwróciła się wtedy, gdybym zawołała córeczkę chwilę wcześniej. Dziś staram się koncentrować się na tym, co jest, na tym, żeby zrobić wszystko, by Martynce było jak najlepiej, choć natrętne myśli czasem wracają. Wiem, że to był wypadek… Wiem, że rozpacz i załamywanie rąk nie pomoże w żaden sposób mojej córce.

Czasem tylko wraca do mnie jedno wspomnienie – echo słowa „mama”. Wtedy Martynka miała 2 lata i już mówiła, pamiętam te niezdarne próby, strzępki słów, nieskładne, ale i tak najpiękniejsze dla mnie zdania. Dzisiaj ma lat 14 i nie mówi, choć wiem, że wszystko rozumie. Nie chodzi, nie siada samodzielnie. Wtedy umiała biegać szybko jak strzała. To ją zgubiło…

Nigdy się nie oddalała

Aż do wtedy… To był 28 czerwca 2004 roku. Od rana była marudna, mówiła, że chce wyjść na podwórko, iść do babci. Powiedziałam, że za chwilę, tylko najpierw niech coś zje. Taki był plan – obiad, a potem pójdziemy się bawić. Krzątałam się przy garnkach. Gdy podniosłam głowę i zobaczyłam, że dziecka nie ma, nie miałam nawet chwili na panikę, na czarne myśli, na strach. Szarpnęłam tylko drzwi i wybiegłam na podwórze, które było puste… Nie wiem, jak to się stało, że od razu pobiegłam do stawu. Dziś myślę, że kierował mną wtedy Bóg – Martynka nigdy nie interesowała się wodą, nie chodziła tam.

Nie wiem, dlaczego tego dnia tam postanowiła tam pobiec. Nie wiem, jakim cudem wpadła do wody. Być może potknęła się, wychyliła i straciła równowagę? Wiem natomiast jedno – gdybym spóźniła się choć sekundę, zapewne nie czytałbyś dzisiaj tej historii, bo ja nie byłabym już mamą, nie miałabym córki…

Ten moment, gdy na jasnej tafli wody zobaczyłam kolorową plamę – koszulkę Martynki… To były ułamki chwil, ale wydawało mi się, że cała wieczność minęła, zanim dobiegłam do swojego dziecka. Woda unosiła ją przy samym brzegu. Wyciągnęłam Martynkę. Mokra, sina na buzi, nie oddychała… Dalej niewiele pamiętam. Wiem, że cały czas reanimowałam swoje dziecko, że płakałam i zawodziłam jej imię. Byłam jak w transie. Wiem, że ktoś wezwał karetkę, że przyjechała po kilkunastu minutach. Lekarze oderwali mnie od dziecka i zabrali ze sobą Martynkę. Krzyczałam, wyrywałam się. Nie pozwolili pojechać razem z nią…

Kiedy wpadłam do szpitala, okazało się, że Martynka żyje, ale nie została zaintubowana w karetce, zrobiono to dopiero później, gdy dojechała na miejsce. Wypadek sprawił, że doszło do zatrzymania krążenia. Prawdopodobnie ustało na 15 minut, może nawet więcej… Przy niedotlenieniu mózgu to jak 15 lat, każda sekunda ma znaczenie. „Mamy ją, teraz wszystko w rękach Najwyższego” – powiedział mi lekarz.

Miał być tort, a była walka o życie

Martynka następnego dnia miała obchodzić swoje drugie urodziny. Miał być tort, goście, dmuchanie świeczek, prezenty, zabawki owinięte w błyszczący papier… Był szpital. Była dramatyczna walka o to, czy moje dziecko przeżyje. Były prognozy lekarzy, że mam się przygotować na to, że Martynka będzie rośliną, dzieckiem leżącym, niemówiącym, nierozumiejącym.

Minęło 10 lat

Nikt nie dawał Martynce żadnych szans… ale ona żyje i codziennie zadziwia nas swoją siłę. Każdy dzień od wypadku jest walką o Martynkę, o jej zdrowie, sprawność. Skutki tonięcia pozostały do dziś w postaci encefalopatii niedotlenieniowej – Martynka jest opóźniona w rozwoju, ma niedowład wszystkich czterech kończyn, padaczkę. Nie chodzi, nie jest w stanie nawet samodzielnie utrzymać głowy, siedzi w wózku z podparciem. Ma takie napięcie w mięśniach, że przez rok nawet nie mogłam założyć jej bucika, tak miała wygiętą stópkę. Bezustannie ją rehabilitujemy – codziennie ma dwugodzinną rehabilitację oddechową i godzinny masaż leczniczy.

Wiem, że spotkała nas tragedia, ale na co dzień nie myślę o wypadku – nie zmienię już tego, co się stało, nie cofnę czasu. Nauczyłam się dostrzegać w codzienności dobre chwile. Zamiast rozpaczać cieszę się, że moje dziecko przeżyło. Jest niepełnosprawne ruchowo i intelektualnie, ale jest, żyje! Po wypadku skontaktowała się z nami mama chłopca, który topił się tak jak moja córeczka.

Jego serduszko zatrzymało się na dwie minuty, o wiele krócej niż Martynki… Tymczasem jest w śpiączce wegetatywnej, mruga tylko oczkami. To, że z Martynką jest kontakt, że patrzy na mnie, śmieje się, że reaguje na mój głos, że mogę się z nią pobawić, przy tak ogromnym niedotlenieniu, jakie przeżyła, to cud. Co więcej, istnieje sposób, żebym mogła się z nią jeszcze lepiej porozumieć! To tzw. C-eye, system komunikacji alternatywnej za pomocą wzroku – dzięki ruchom gałek ocznych można tworzyć słowa i komunikaty. Martynka korzystała z niego przez chwilę i rezultaty były fenomenalne!

Przy wydatkach na rehabilitację Martynki możemy tylko pomarzyć o zakupie tego urządzenia. Najbardziej brakuje mi właśnie kontaktu z nią, bo pamiętam, jak kiedyś mówiła, a potem w jednej sekundzie to wszystko zgasło… C-eye to szansa, by znów się z nią porozumieć. Nigdy nie odzyskam swojego dziecka sprzed wypadku, ale może znowu mi coś powiedzieć… „chodź”… „kocham cię”… „mamo” – marzę tylko o tych słowach, takich, o jakich marzy każda matka. To nic, że nie Martynka nie powie mi ich sama, tylko za pomocą sprzętu… Wystarczy, że wiem, że będą płynąć prosto z jej serca.

Red.

Komentarze