Niemiecki kapitał w polskich Mediach. Lista niemieckich wydawnictw w Polsce

Nie od dziś wiadomo, że ten kto nie ma środków masowego przekazu, ten ma zasznurowane usta… A my, jako Polacy, mamy je zasznurowane po dwakroć – raz jako naród, bo aż 90 procent prasy i portali regionalnych należy do jednego, obcego koncernu; dwa, bo media, które pozostały w naszych rękach, nie interesują się polską racją stanu. Wygląda jednak na to, że sposób na rozwiązanie tego problemu znalazł Paweł Kukiz.

„Bardziej boję się trzech gazet, niż trzech tysięcy bagnetów” – tę sentencję cesarza Francuzów, Napoléona Bonaparte zna chyba każdy, kto choć odrobinę interesował się polityką. Tym bardziej dziwić może decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, który w 2013 r.zezwolił na skoncentrowanie niemal wszystkich polskich mediów w jednym ręku. Abstrahując od tego, czy była to zdrada interesów narodowych, czy jedynie głupota, można śmiało powiedzieć, że jej efekty odczuwamy nader dotkliwie już teraz, a z każdą dekadą odczuwać będziemy jeszcze boleśniej. Trudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której obcy koncern medialny, mający w skolonizowanym kraju monopol informacyjny, występował wbrew interesom metropolii.

Niemcy ponad wszystkich

Verlagsgruppe Passau to niemiecki koncern medialny z siedzibą w bawarskiej Pasawie. Grupa ta, za pomocą spółek zależnych, wydaje gazety także w Austrii, na Słowacji i w Polsce. Jej roczna sprzedaż osiąga w sumie poziom grubo ponad miliard złotych.

W Czechach Bawarczycy posiadają 94 pisma regionalne, w tym 71 dzienników i 23 tygodniki. W Polsce, jako Wydawnictwo Polska Press, skoncentrowali się na prasie płatnej, bezpłatnej, portalach internetowych oraz drukarniach. W 15 województwach wydają 18 dzienników regionalnych, m.in. Dziennik Bałtycki, Dziennik Łódzki, Dziennik Zachodni, Gazetę Krakowską, Gazetę Wrocławską i Głos Wielkopolski. Grupa wydaje również ponad 100 tygodników lokalnych, bezpłatną gazetę Nasze Miasto oraz kilka tygodników ogłoszeniowych. Dysponuje ośmioma drukarniami, w których prócz własnych pism drukuje materiały zlecone. Spółka skupia także poważną cześć rynku internetowego. W polskiej przestrzeni wirtualnej – z 9,2 mln użytkowników i zasięgiem 42% – znajduje się na 10. miejscu. W jej portfolio są m.in. serwisy ogłoszeniowe, informacyjne, portale społeczności lokalnych oraz serwis telewizyjny.

Budynek bez fundamentów

Media to fundament demokracji. Fundament na tyle istotny, że jego istnienie i ochrona zagwarantowane zostały nie tylko w Konstytucji RP, lecz także w Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, którą Polska podpisała w 1991 r.

Media regionalne, które miały być gwarantem wolnego słowa i miejscem rodzenia się społeczeństwa obywatelskiego, okazały się budynkiem bez fundamentów. Stały się także najgorszym wrogiem nowej władzy. Niezależni dziennikarze poddani zostali presji ze strony lokalnych koterii, wielu było szykanowanych przez organy ścigania, często tracili pracę. Małe wydawnictwa, pozbawione ochrony powołanego do tego celu Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, padały w latach 90. jedno po drugim.Na ich gruzach swój monopol tworzyły zachodnioeuropejskie koncerny. Prócz Polska Press na polski rynek publikatorów  wkroczyły norweska Orkla, francuski Hersant oraz niemieckie Vogel Burda Communications, Bauer Verlag, Gruner + Jahr i Axel Springer.

Paradoksalnie na Zachodzie, do takiej koncentracji kapitałowej dojść by nie mogło. Zabraniają tego bowiem europejskie przepisy antymonopolowe – na przykład Axel Springer, największy wydawca prasy codziennej w Niemczech, posiada jedynie 40 proc. rynku reklamy gazetowej. U nas jeden koncern ma go niemal w całości.

Parasol ochronny

Ale nie chodzi jedynie o aspekt ekonomiczny… Istotne są także treści, przekazywane przez „polskojęzyczne” pisma. Wielu medioznawców już teraz bije na alarm, że zagraniczne koncerny, zwłaszcza na poziomie lokalnym, posiadają monopol informacyjny. Mają także ogromne wpływy polityczne. Związani z nimi publicyści, są często pupilkami lokalnej władzy – być może dlatego nie zauważają pewnych elementów rzeczywistości… W zamian za parasol ochronny włodarze ustalają „jedynie słuszne” kryteria doboru mediów, w których ukazują się później publikacje zlecane przez urzędy miast i spółki od nich zależne.

Jak wynika z raportu zespołu parlamentarnego ds. obrony wolności słowa, opublikowanego na początku grudnia 2013 r., rząd Donalda Tuska wydał w latach 2008 – 2012 na publikacje w mediach reklam i ogłoszeń prawie 125 milionów złotych. Oznacza to, że rocznie autopromocja władzy centralnej kosztowała podatników niemal 25 mln złotych. Jeszcze swobodniej z publicznymi pieniędzmi obchodził się oskarżony o wielowątkową korupcje prezydent Sopotu.

Jacek Karnowski, rządzący od 1998 r. tysiąc razy mniejszym od Polski kurortem, „zainwestował” w przyjazne media – jedynie w roku 2012 – prawie 421 tysięcy zł. Jak łatwo obliczyć, każdy sopocianin na promocję miejskiej administracji wydał aż 17 razy więcej, niż statystyczny Polak na reklamę rządu PO – w pierwszym wypadku  jest to 11 złotych, w drugim „tylko” 65 groszy.

Liderem reklamowym w Sopocie jest „Dziennik Bałtycki” – pomorski flagowiec koncernu Polska Press. Dwa lata temu na konto wydawcy sopocki magistrat przelał aż 77 tys. złotych (18,3 proc. wszystkich pieniędzy przeznaczonych na promocję). Więcej dostali tylko właściciele TVN24 i TVN Meteo, na których konto wpłynęło 123 tys. zł (29,2 proc.). Trzecie miejsce z wynikiem 71 tys. zł (16,87 proc.) zajęła „Gazeta Wyborcza”.

Kukiz ma rozwiązanie

To, do jakiej koncentracji własności mediów doszło w Polsce, stanowi kuriozum na skalę wręcz światową. I nie trzeba być politologiem, że wyobrazić sobie, jakie mogą być tego konsekwencje.

„Ekspansja niemieckiego kapitału na naszym rynku mediów może doprowadzić nie tylko do narzucenia obcych kulturowo treści i wzorców komunikowania, ale także do ograniczenia pluralizmu poglądów, opinii czy wartości” – pisał kilka lat temu na łamach „Wprost” Zbigniew Oniszczuk, socjolog i prasoznawca z Uniwersytetu Wrocławskiego. Do podobnych wniosków doszli także inni medioznawcy, którzy sytuację mediów porównali do tonącego, któremu zaciska się sznur na gardle.

Batalia o repolonizację publikatorów jest niestety „głosem wołającego na puszczy”. Parę lat temu wzywał do niej prof. Ryszard Terlecki. Jego ostrzeżenia nie zrobiły jednak na rządzie Tuska żadnego wrażenia. Próby ograniczenia napływu obcego kapitału czynili również inni politycy i publicyści,  związani głównie z PiS – ale również bezskutecznie.

Ostatnio sposób na wyjście z sytuacji zaproponował Paweł Kukiz. Jego zdaniem, rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zakazu koncentracji własności mediów (w tym centralnych) powyżej poziomu 20 procent. Muzyk postuluje nałożenie na wydawców kar za rozpowszechnianie nieprawdy, zwłaszcza w przypadku „nieprawdziwych informacji, uderzających w polską rację stanu (np. o „polskich obozach zagłady”). Chce również zakazania firmom państwowym oraz organom władzy publicznej publikowania reklam w wydawanych w Polsce mediach o kapitale zagranicznym (za wyjątkiem mediów branżowych i reklam w mediach wydawanych zagranicą, a skierowanych do tamtejszego klienta). Zdaniem Kukiza wskazane byłoby uniemożliwienie zatrudniania w mediach publicznych dziennikarzy, pracujących jednocześnie dla mediów zagranicznych.

Krzysztof Maria Załuski
Autor artykułu: Krzysztof Maria Załuski | Urodził się w Gdańsku w 1963 r. Prozaik, publicysta, wydawca; absolwent politologii Uniwersytetu Gdańskiego; od 1987 do 2004 roku przebywał zagranicą, głównie na pograniczu szwajcarsko-niemieckim. Jest członkiem Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich; Wydawca trójmiejskiego, niezależnego portali www.iRiviera.pl

Rozwiązania Kukiza wzbudziły wiele emocji. Szczególne oburzeni okazali publicyści mediów „polskojezycznych”. Również na forach internetowych pojawiły się wpisy potępiające „próby gwałcenia zasad wolnego rynku”. Zwolennicy Kukiza odpowiedzieli pytaniem: „Czy zakazywanie czegoś, co ewidentnie szkodzi to Polsce, jest naganne?”.

Paweł Kukiz w wyborach prezydenckich zdobył głos ponad 20 procent wyborców. Jego Ruch JOW ma przeszło tysiąc komitetów referendalnych i dziesiątki tysięcy wolontariuszy. Czego brakuje do ostatecznego obudzenia Polski?

Być może właśnie tych trzech tysięcy medialnych bagnetów, tej sieci lokalnych, całkowicie niezależnych gazet, które obalą nie tylko monopol informacyjny mainstreamu i obcych koncernów, lecz również przywrócą mediom ich kontrolną rolę wobec władzy.

Szwajcarzy i Niemcy stosują takie rozwiązania od dziesięcioleci, dlaczego my nie możemy ich zastosować teraz?

Komentarze